Nie wtrącaj się w żywienie mojego dziecka, czyli niechciane "dobre rady"


Niechciane dobre rady - wtrącanie się z dietę dziecka

Ten wpis chciałam napisać już ponad pół roku temu, gdy maluch miał około 1,5 roku. Dobrze że nie zrobiłam tego wtedy, bo wyszłoby zbyt emocjonalnie ;-) Teraz, bardziej na chłodno, postanowiłam wrócić do tematu tzw. "dobrych" czy "złotych" rad, udzielanych młodym mamom przez bliskie i postronne osoby. Rad najczęściej niepożądanych i niechcianych. Niepotrzebnych zwłaszcza matkom - osobom rzuconym na głęboką wodę macierzyństwa. Rad, które nie tylko denerwują, ale nieraz powodują zwątpienie w siebie, kwestionowanie słuszności swoich decyzji, mnożenie pytań w stylu "czy na pewno dobrze robię?" lub "czy jestem dobrą mamą?". Rad, które często są zwykłą, zawoalowaną krytyką bądź naciskiem na określone zachowanie. Rady te na kobiecych i parentingowych forach internetowych najczęściej określa się prosto - wtrącaniem się.

Wtrącanie się - najczęściej babć, dziadków, teściowych, teściów, rodziców, dalszej rodziny a zdarza się, że i obcych osób - uważam za ciemną stronę macierzyństwa. Czy przesadzam? Być może, ale takie są moje osobiste odczucia. Muszę zaznaczyć, że jestem osobą, która najbardziej na świecie nie znosi jednej rzeczy - dyktowania co mam robić lub jak mam to zrobić. Zapewne dlatego niechciane rady tak mnie rażą i zaliczają się do grona negatywnych aspektów macierzyństwa.
Kilka razy zdarzyło mi się rozważać, czy tylko ja mam taki problem z doradztwem innych i wyolbrzymiam sprawę. Być może niesłusznie się czepiam, bo przecież babcia/teściowa/mama/dziadek/teść/tata/rodzeństwo/itp. nie chcą dla mojego dziecka źle. Poza tym uwagi odnośnie opieki nad dzieckiem są przecież na porządku dziennym i w zasadzie chyba nie omijają nikogo, tak jakby był to nieodłączny element rodzicielstwa. Szukając w Internecie porad odnośnie właściwej reakcji na irytujące mnie rady, odkryłam że na forach dyskusyjnych i przeróżnych stronach internetowych bardzo dużo jest wpisów matek, przytłoczonych macierzyństwem od tej strony. Nie raz wpisy te były o zabarwieniu desperackim - zazwyczaj dotyczyło to przypadków mieszkania młodych rodziców razem ze swoimi rodzicami bądź teściami. Stanowiło to nieciekawy obraz matek, udręczonych nieustannym wtrącaniem przysłowiowych trzech groszy przez inne osoby niemal w każdy aspekt opieki nad dzieckiem.

O ile rady odnośnie ubierania niemowlęciu skarpet, czapki, cieplejszych ubrań, przykrywania bądź nie kocykiem, noszenia lub odkładania do łóżka itp. raziły mnie w powiedzmy rozsądnym stopniu, o tyle wtrącanie się na grunt żywienia dziecka było dla mnie nie do zaakceptowania. Dlaczego? Mój maluch do niemal 6 miesiąca życia borykał się z kolkami jelitowymi. Mając na względzie problemy od strony układu trawiennego, wcale nie spieszyło mi się do szybkiego wprowadzania nowości do diety dziecka. Wręcz przeciwnie - robiłam to ostrożnie i bezpiecznymi w mojej ocenie etapami. Co nie do końca spotykało się ze zrozumieniem innych.

W wielu przypadkach wtrącanie się w menu malucha pojawia się już na etapie karmienia piersią. Nagle okazuje się, że w bliższej i dalszej rodzinie mamy nieodkrytych dotąd ekspertów od diety matki karmiącej (która zresztą nie istnieje), od laktacji, od chudości/tłustości matczynego mleka i generalnie od wszystkiego co związane z karmieniem niemowlęcia. Gdy nadchodzi etap rozszerzania diety, a nawet jeszcze zanim nastąpi, również wszyscy wiedzą lepiej - kiedy zacząć podawać pokarmy inne niż mleko, co podawać i w jakich ilościach, o jakich porach dnia, ile razy dziennie, jak przygotowane. A młodej mamie, która "jedzie" na wariujących hormonach, stresuje się swoją rolą i nierzadko ma depresję - takie rady są ostatnią potrzebną do szczęścia rzeczą (no chyba że na wyraźne życzenie).

Jak to było u mnie? Opiszę Wam parę sytuacji, które były impulsem do napisania tego wpisu, a także jak próbowałam sobie z nimi radzić.

Pamiętam, gdy z wraz tatą 4-miesięcznego malucha pojechaliśmy na szczepienie do przychodni. Na pytanie pediatry o zdrowie dziecka odpowiedziałam, że wszystko jest OK poza ciągłymi kolkami, które dokuczały maluchowi od samego początku. Pani doktor zapytała, czy dziecko je już coś innego poza mlekiem. Dodam, że mój maluch był niemal od początku na mleku modyfikowanym. Na moją negatywną odpowiedź pediatra zareagowała lekkim oburzeniem - jak to, dziecko ma już cztery miesiące i nie je stałych pokarmów? A dawać mu już kaszki, a gotować zupki, robić papki. Wedle pediatry miało to pomóc na kolki. Być może pani ta miała dobre intencje, ale ja słysząc ten komentarz (i ton wypowiedzi) poczułam się jak ostatnia idiotka, która nie wie, że dziecku trzeba już dawać "normalnie" jeść. No bo jak matka może nie wiedzieć takich rzeczy i nie karmić odpowiednio dziecka? To już nawet nie facepalm, tylko bodypalm. Z gabinetu wyszłam w bardzo złym nastroju. Taki niewinny można byłoby powiedzieć komentarz (bo na przykład tata malucha nie odebrał go mocno negatywnie, tak jak ja), a zachwiał moim przekonaniem o byciu właściwą osobą na właściwym, matczynym miejscu.
Ktoś może się teraz oburzyć, że co jak co, ale pediatra chyba ma prawo wtrącać się w żywienie dziecka, które przychodzi do jego gabinetu. Zgadzam się, ale czy nie można tego zrobić w taki sposób, który nie wtrąci matki w poczucie winy, że źle zajmuje się dzieckiem? Poza tym, jeśli już się wtrąca, to niech przynajmniej robi to, posiadając sprawdzoną i aktualną wiedzę - bo jak się okazało, pediatra doradziła źle. Na szczęście zaufałam wtedy swojej intuicji i nie zaczęłam rozszerzać diety malucha już w 4 miesiącu. Bałam się, że tym bardziej zaszkodzę dziecku, ze względu na jego problemy z układem trawiennym. Już później, gdy zaczęłam więcej czytać na temat rozszerzania diety niemowląt, okazało się że moja intuicja miała rację - obecne zalecenia mówią o 6 miesiącu życia jako optymalnym wieku rozszerzania diety niemowlęcia. Dopiero w tym wieku układ trawienny jest na tyle rozwinięty, aby radzić sobie z pokarmami stałymi.
Dlaczego o tym piszę? Pediatra to w końcu nie jakaś bliska osoba, z którą mam częsty kontakt i której zdaniem mogłabym się ewentualnie przejmować. Przytoczyłam tę sytuację ze względu na intuicję. To coś, czego trzymam się, gdy nie jestem pewna co mam robić lub gdy nie wiem czy udzielana mi rada jest właściwa, a nie mam możliwości skonsultowania tego z kimś mądrzejszym lub panem Google. W takich wypadkach idę za głosem intuicji. Jeśli ktoś nachalnie sugeruje nam pewne zachowanie możemy spróbować zakończyć temat powołując się na intuicję. Np. "dziękuję za radę, ale intuicja mówi mi co innego, w tym wypadku posłucham jej" lub po prostu "dziękuję, ale wolę to zrobić po swojemu". To w końcu matka najlepiej zna swoje dziecko, przebywa z nim 24 godziny na dobę, ponosi konsekwencje niewłaściwej opieki nad dzieckiem i po prostu wie co dla niego najlepsze. Nie mówię oczywiście o skrajnych przypadkach, tylko o statystycznej matce, kochającej swoje dziecko i chcącej dla niego jak najlepiej.
 

Początki rozszerzania diety

Uwagi na temat rozszerzania diety dziecka zaczęłam słyszeć od bliższych osób jeszcze zanim w ogóle to nastąpiło, jakoś po 4 miesiącu. Pierwszą kwestią był moment, w którym maluch powinien zacząć dostawać pokarmy inne niż mleko. Dziecko było karmione mlekiem modyfikowanym niemal od samego początku, dlatego też często zdarzało mi się słyszeć komentarze niosące przekaz "kiedy w końcu ta mama da coś innego do jedzenia niż to wstrętne mleko". Gdy "w końcu" dziecko zaczęło dostawać pierwsze gotowane warzywa (w kawałkach), zaczęły się komentarze na temat metody, którą wybrałam ("To jakaś nowa moda z tym jedzeniem rękami?", "Może ją nakarmić łyżeczką?", itp.). "Obrywało" mi się także za skąpość diety i składników, które stopniowo wprowadzałam ("Biedulka, ile można jeść samą marchewkę i cukinię?"). Nie wspomnę o tym, że częstotliwość posiłków również stanowiła problem - bo gdy dziecko płacze to na pewno jest głodne (mimo że przed chwilą jadło), a samą marchewką, ziemniakiem czy dynią przecież się nie naje. 
Jak sobie z tym radziłam? Muszę przyznać, że nie najlepiej. Miałam swój plan na rozszerzenie diety dziecka, poparty intuicją i zdobytymi przeze mnie informacjami (aktualnymi, nie sprzed 20 czy więcej lat), a podważanie tego co i w jaki sposób robię było po prostu nie fajne i męczące. Czułam, że mój sposób żywienia dziecka stał się podstawą do oceniania mnie jako mamy, co także było dla mnie niekomfortowe.
Jaką stosowałam wtedy metodę? Mimo wszystko "robić swoje", czasem nawet bez komentowania "dobrych rad". Jeśli coś mi nie pasowało to starałam się jednak postawić na swoim, mając w głowie myśl, że to ja jestem matką i to ja mam prawo do ostatecznej decyzji.
 

Kolejne tygodnie BLW

Gdy już dziecię jadło dosyć sporo różnych składników, nadal obstawałam przy stopniowym wprowadzaniu nowych produktów do diety i nadal metodą BLW. Posiłki dla dziecka przygotowywaliśmy w domu, starając się wybierać zdrowe i naturalne składniki. Zero soli i cukru, nic co mogłoby potencjalnie wywołać wzdęcia lub problemy układu trawiennego. Pewne składniki wolałam wprowadzać później, niż za wcześnie i za szybko. W tym okresie również nie obyło się bez rad i komentarzy - tym razem na temat przygotowywanych posiłków ("Placki z bananem? Mama dałaby szyneczki."), ich jakości (bo jak coś bez cukru, soli lub z 2-3 składników może smakować?), wprowadzania słodzonego picia ("Może dać jej kompocik, zdrowy z owoców, wcale nie ma aż tak dużo cukru"), nakłaniania do serwowania maluchowi tego co jedzą dorośli (bo 30 lat temu tak się karmiło dzieci i jakoś nadal żyją). Miałam wrażenie, że jestem odbierana jako osoba, która za bardzo "wydziwia" przy diecie dziecka, ponieważ staram się podawać zdrowe rzeczy, niesłodzone, niesolone - dla większości równających się z czymś niesmacznym.
W tym czasie nieco zmieniłam strategię - "robienie swojego" nie zawsze mi wychodziło, czasem wolałam machnąć ręką i po prostu oddalić się (z nerwem oczywiście), pozwalając innym robić to, co uważają za słuszne. Zwyczajnie nie miałam siły i ochoty na przepychanki kto postawi na swoim, byłam zmęczona udowadnianiem swoich racji. Rozmowy o tym, że nie potrzebujemy dobrych rad lub są one po prostu złe, w dłuższej perspektywie niczego nie zmieniały. Suma sumarum walka z wiatrakami, prościej było odpuścić. Niestety odbijało się to negatywnie na mojej samoocenie jako mamy. W tym czasie bardzo często odbierałam większość rad jako krytykę mojego stylu żywienia dziecka.
W pamięć najmocniej zapadła mi jedna sytuacja. Byliśmy po obiedzie, maluch najedzony, na dokładkę po obiedzie wtrynił domowe ciasteczka. Krótko po tym dziecina dostała jeszcze banana na, jak to nazywam, "dopchanie" - wedle popularnej wśród starszego pokolenia teorii, że dziecko jest ciągle głodne. Po niedługim czasie pojawiło się pytanie "a może maluch zje bułeczkę?". Już na etapie banana miałam wątpliwości co do takiej ilości jedzenia na raz, nie wspominając o kolejnym posiłku - sklepowej bułce. Powiedziałam "maluch już bardzo dużo zjadł, na razie niech nie je bułki". Na kolejne pytania o bułeczkę (tym razem kierowane do malucha) znów wtrąciłam, że dziecko jest już mocno najedzone i nie ma sensu obciążać mu brzucha, bułkę może zjeść po kąpieli jak zgłodnieje. Niestety mimo to nadal temat bułki był forsowany. Po kolejnej, piątej już (w ciągu niespełna dwóch minut) uwadze na temat bułki, niemal się we mnie zagotowało, ale stwierdziłam że nie dam się wyprowadzić z równowagi i lepiej to olać. Na szczęście tata malucha wyczuł sytuację i zaczął iść z dzieciną w stronę łazienki, popierając moje zdanie. Jakie było moje zdziwienie, gdy osoba forsująca swoją radę zaczęła lecieć za maluchem z bułką w ręce, próbując wcisnąć ją dziecku za wszelką cenę. No cóż... O ile nie nachalne rady jestem w stanie jakoś zrozumieć, o tyle takie akcje są dla mnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza, że powyższa sytuacja miała miejsce niedługo po przeprowadzeniu rozmowy z tą osobą na temat niemile widzianych "dobrych rad".
Zdarzały się też sytuacje, gdzie dziecku podawane były nowe pokarmy za moimi plecami - tj. miałam się nie dowiedzieć, że dziecko nakarmiono tym czy tamtym (czymś, czego raczej bym nie pozwoliła podać).
Co robić z takimi przypadkami? Niestety rozmowa nie zawsze skutkuje zmianą sytuacji i nagłym ucięciem dobrych rad, niemniej warto próbować przekazać swoje odczucia co do nich i wyjaśnić swoje stanowisko. Często osoby, które udzielają nam rad, nie zdają sobie sprawy z tego, jak może to być niepożądane i irytujące. Niektóre rady są też po prostu błędne i nie koniecznie dobre.
Dobrze jest też porozmawiać na ten temat z partnerem, aby miał świadomość sytuacji i by udzielił nam wsparcia. A jeśli nie czujemy się na siłach na przeprowadzenie rozmowy z rodziną od strony taty dziecka - najlepiej wysłać jego do tego zadania.
 

Po roczku

O ile do pierwszych urodzin jeszcze mogłam w miarę po swojemu "cackać" się z dietą malucha, o tyle miałam wrażenie, że gdy dziecko już przekroczyło te magiczne 12 miesięcy - nagle staje się osobnikiem wszystkożernym, którego należy karmić tak samo jak dorosłego i nie odbierać mu radości życia, jaką niesie za sobą jedzenie nie zawsze zdrowych rzeczy - głównie cukru, soli, mięsa (tak, nie uważam je za zdrowe). W mojej opinii przekroczenie 1 roku życia nie oznaczało porzucenia dotychczasowych nawyków, dotyczących zdrowego żywienia i brak kontroli nad tym co jemy, bo teoretycznie już można jeść wszystko. Zwłaszcza, że razem z rozszerzaniem diety malucha zaczęliśmy sami o wiele bardziej dbać o to, co jemy. W tym czasie czułam się jeszcze bardziej jak dziwaczka, która nie daje dziecku "normalnie" jeść. Wyrodna matka nawet nie dała "prawdziwego" tortu na roczek ;-) Niemniej słuchając męczących propozycji lub nacisków na podanie tego czy tamtego coraz bardziej odpuszczałam "robienie swojego". Najgorsze pod tym względem były spotkania rodzinne, bo wtedy presja jedzeniowa, jak to nazywam, była większa. Nie musiała być nawet wypowiedziana konkretnymi słowami. Niestety dwa razy skończyło się to nieprzyjemnymi dolegliwościami malucha.
Raz stało się to po zjedzeniu pełnoziarnistego chleba, zaproponowanego maluchowi na kolację. Mimo że miałam co do tego wątpliwości, nie chciałam po raz kolejny słuchać komentarzy w stylu "czemu mama zabrania dziecku jeść" (kierowanych często do dziecka), odpierać tych komentarzy i być uznana za jeszcze większą żywieniową dziwaczkę. Za to w nocy przez 2 godziny przeżywałam koszmarną powtórkę z czasów kolek. Następnego dnia, w dość dużych emocjach, postanowiłam uświadomić "dokarmiaczy" malucha jak ich każdorazowe, niechciane rady wpływają na mnie jako matkę, a co za tym idzie na moje dziecko. Byłam zła. Nie wiem na kogo bardziej. Czy na "doradców", za wpędzanie mnie swoimi radami w stan, w którym boję się zajmować własnym dzieckiem tak, jak uważam za stosowne, czy bardziej na siebie - za to, że moja bierność i słabnący opór doprowadziły do tak nieprzyjemnej sytuacji. Myślałam, że podczas rozmowy zostałam zrozumiana, ale raptem trzy dni później w rozmowie telefonicznej usłyszałam kolejną dobrą radę na temat podawania dziecku mięsa w ten czy inny sposób. Przyznam, że ręce mi wtedy opadły.
Za kolejnym razem była to gruba rodzinna impreza z mnóstwem dań na stole. Tym razem presja szła na ilość, bo przecież skoro dziecko chce jeść, to czemu mam mu nie dać i (znów) zabraniać. To nic, że przed chwilą zjadło sporą porcję obiadu, a teraz bez żadnej przerwy chce jeszcze wcisnąć ciasto i jednocześnie zagryzać je kiszonym ogórkiem. Oczywiście zachęcane przez innych, cieszących się, że dziecko tak ładnie je. Bo przecież jak ma apetyt to najlepiej niech je bez końca i na okrągło, bo zaraz będzie niejadkiem jak każde dziecko (nawiasem mówiąc "uwielbiam" to proroctwo). Moje uwagi, przyznam że dość nieśmiałe, na nic się zdały. W nocy znów malucha dopadła niestrawność i wzdęcia, 2 godziny płaczu dziecka i wicia się z bólu uderzyły mnie twardo w głowę myślą "nigdy więcej". Uświadomiłam sobie, że nieustanne wtrącanie się innych w żywienie dziecka spowodowało to, że w otoczeniu tych osób boję się zajmować dzieckiem i karmić je tak, jak uważam za słuszne. Powodowało to również moją niską samoocenę jako mamy. Nie tylko pod kątem wiedzy (w sensie "co ja tam wiem, skoro inni wiedzą lepiej"), ale także pod kątem tego, że byłam w tym temacie bezsilna. Rano, po kolkowej nocy, po prostu spakowałam nasze rzeczy i wróciliśmy do domu. To było dla mnie zbyt wiele, nie miałam nawet ochoty widzieć się z osobami, które swoim zachowaniem doprowadziły mnie i malucha do takiego stanu. Przez pewien czas trwała między mną a bliskimi cisza, nie miałam ochoty tłumaczyć się ze swojej reakcji i znów "na siłę" przekonywać innych do swoich racji. Bo po co? Skoro każde tego typu rozmowy niczego nie zmieniały. Mijały dni, emocje (bardzo) powoli opadały, czas trochę zagoił rany. W końcu zaczęliśmy znów się odwiedzać i spotykać, z mojej strony początkowo z rezerwą. I wiecie co? Odniosłam wrażenie, że nagle ilość dobrych rad mocno zmalała. Miałam wrażenie, że przez pewien czas w ogóle ich było. Przestano się wtrącać w żywienie malucha. Oczywiście nie w pełni, ale do pewnych granic, które uważam za akceptowalne.
Jaki z tego wniosek? Jeśli nic innego nie skutkuje (jak np. rozmowa) to czasami trzeba po prostu "walnąć z grubej rury". Zawiesić na jakiś czas kontakt, odciąć się. Oderwać się od sytuacji, które generują w nas negatywne emocje. Być może da to innym do myślenia, że coś naprawdę jest nie w porządku.

Jakiś czas temu pewna bliska osoba powiedziała mi: "Cieszę się, że już trochę wyluzowałaś". Wiecie jaki był mój komentarz? "Bo inni wyluzowali". I dokładnie tak jest. Owszem, nadal zdarza mi się słyszeć dobre rady, ale już nie tak często - i dzięki temu nie mam już do nich tak negatywnego nastawienia. Czasem nawet z nich korzystam i nie staję okoniem przy każdej uwadze, jak kiedyś. Być może od czasu przyjścia bobasa na świat dorosłam jako matka, być może hormony przestały szaleć, a może po prostu jest dobrze, bo mam święty spokój i czuję, że mogę "robić swoje", bez poczucia, że robię źle czy nie tak jak tego oczekują inni.

Ten wpis napisałam nie tylko po to, by podzielić się moim doświadczeniem, związanym z niechcianymi radami. Ma on także inny cel - jeśli kiedyś zdarzy mi się zostać babcią, chcę do niego powrócić i przypomnieć sobie, jak to było kiedyś. Jako babcia nie chciałabym popełniać takich błędów, choć zapewne nie będzie to takie proste ;-)

A Wy jakie macie doświadczenia z wtrącaniem się innych w żywienie dziecka? Jakie są Wasze "ulubione" dobre rady? Jak sobie z nimi radzicie lub poradziłyście? Zapraszam do dyskusji w komentarzach :-)
Oceń wpis
Podziel się
  Komentarze (2)
Mama Chemik
07.07.2018 23:16 odpowiedz
Moje najgorsze "dobre rady" usłyszałam od trójki rodzeństwa ciotecznego. Dziwili się, że mojego siedmiomiesięcznego malucha nie chcę karmić potrawami z grilla, a na koniec i tak kiedy ja nie widziałam wpakowali mu w rękę kabanosa ;/
voopeem
voopeem
21.07.2018 13:15 odpowiedz
Trochę braknie konsekwencji i zdrowego rozsądku w takim zachowaniu, i akurat nikomu bym go nie polecała. Też jestem młodą mamą, ale po przejrzeniu internetu wiem jak wielu "dobrych rad" mogę się spodziewać, i jestem na nie przygotowana (odpierałam je jeszcze w szpitalu, gdyby nie to to miałabym wielokrotnie dokarmiane dziecko). Jeśli nie zgadzasz się z radami, to powiedz stanowcze nie i tyle, zamiast odpuszczać temat. Im bardziej odpuszczasz, tym bardziej życzliwe otoczenie wejdzie Ci na głowę, nie dziwi mnie że tak to urosło w ciągu czasu - niestety na to pozwoliłaś. Trochę konsekwencji, stanowczości, a przede wszystkim asertywności (!) i uniknęłabyś wielu przykrości. A takie "odcinanie się" jest w tym momencie radykalne i często krzywdzące dla rodziny ale i dziecka i nie uważam że powinnaś je promować.
  Dodaj komentarz